Na drogę

Korea Południowa: Pięć ciekawostek, które warto znać

Jeszcze dwa tygodnie temu byłam w Seulu. Cieszyłam się cerą jak u nastolatki, włosami jak u Brigitte Bardot i wcinałam najlepsze glony świata. Wróciłam do Krakowa – cera straciła blask, a włosy znów pozostawiają wiele do życzenia. Tak dobrze jak w Korei, czułam się chyba tylko na Sri Lance.

Korea Południowa to kraj niesamowitych kontrastów. Tutaj zabytkowy pałac sąsiaduje z wieżowcem, stragan z owocami morza z uwielbianym przez Koreańczyków Starbucksem, a parki i zielone ogrody z zabetonowaną co do milimetra przestrzenią. Koreę da się lubić, szczególnie, gdy uda się obalić kilka krążących o niej mitów!

Koreańczycy masowo jedzą psy

I tak i nie. Ten temat jest dla mnie wyjątkowo trudny, bo zwierząt nie jem od 7 lat. Nie jem świń, krów i kaczek, więc perspektywa pójścia do knajpy „na psa” nie mieści mi się w głowie. Są jednak na świecie miejsca, gdzie pies jest przysmakiem, ale czy jest to Korea? Jak dowiedziałam się od mieszkającego w Korei od dobrych kilku lat Polaka, psie mięso jest wciąż składnikiem koreańskiej kuchni, jednak jego konsumpcja spada gwałtownie z roku na rok. On sam, wraz z dziewczyną zajmował się przez jakiś czas odławianiem bezpańskim psów ( to właśnie takie bidy narażone są najbardziej na smutny koniec na talerzu) i szukaniem dla nich nowych, bezpiecznych domów. Młodzi Koreańczycy chodzą do Maca i Starbucksa, jedzą kurczaka na mieście, a jeśli już decydują się na psa to niekoniecznie w celach konsumpcyjnych, uff.

W Seulu pokazano mi smutną, cichą i pustą uliczkę, przy której mieści się knajpa serwująca psy. Legenda głosi, że jedzenie psiego mięsa sprzyja potencji – w Korei wciąż sięgają po nie starsi mężczyźni, wierzący w jego lecznicze właściwości. Na szczęście, to już naprawdę niewielki odsetek mieszkańców tego kraju.

W 2018 roku sąd w Korei orzekł, że zabijanie psów na mięso jest nielegalne i wymierzył za to grzywnę! Ten precedensowy wyrok to pierwsze światełko w tunelu, w którym obrońcy zwierząt upatrują szansy na ukrócenie tej barbarzyńskiej tradycji. 

Te koreańskie, wegańskie przystawki to jedna z najlepszych rzeczy, jakie jadłam w życiu

Seul to beton, brud i smog

I tak i nie. Seul to miasto wyjątkowe – mocno zabudowane, ale przy tym bogate w parki, lasy i ogrody, w których łapie się oddech i odpoczywa od zgiełku miasta. Seul jest też stosunkowo czysty, a sporą niespodzianką jest brak koszy na śmieci – serio! Z kubkiem po kawie zeszłam całą dzielnicę Myeongdong i doniosłam go aż do hotelu. Szanuję tę metodę – z dzieciństwa pamiętam, że stosowała ją moja babcia i jeśli nie miała gdzie wyrzucić śmieci, wracała z nimi do domu.

Mieszkańcy Seulu walczą ze smogiem, oj tak. Ja mieszkam w Krakowie, więc wiem o tej walce całkiem sporo, ale koreański smog to już wyższa szkoła jazdy. W celu zrobienia pamiątkowych zdjęć wyjechaliśmy na samą górę N Seoul Tower, by podziwiać panoramę miasta. Efekt? Zdjęcia z toalety na wysokości i smog, dużo smogu. Koreańczycy w nawet na pozór pogodny dzień noszą maseczki antysmogowe – kupisz je zresztą w każdym, dosłownie każdym sklepie. Ciekawostką jest fakt, że ja w zachmurzonym, zanieczyszczonym Seulu czułam się zdecydowanie lepiej, niż w rodzinnym Krakowie. To pewnie przez wilgotność powietrza, bo nie chcę wierzyć, że krakowski smog jest gorszy od seulskiego…

Koreańczycy nie znają angielskiego

Czy ja wiem… Mówią dziwnie, to fakt i potrzebowałam dwóch dni, by przestać skupiać się nad każdym wypowieadanym zdaniem. W Korei byłam na zaproszenie marki LG, więc jak łatwo się domyślić, goszczące nas osoby posługiwały się angielskim z łatwością, ale rozmowa w sklepie spożywczym to już rzeczywiście inna bajka. Młode pokolenie Koreańczyków porozumiewa się jednak w tym języku dość swobodnie – dziwnie, śmiesznie, z egzotycznym akcentem, ale swobodnie 🙂

Koreańska kuchnia to nic specjalnego

Mit, ja będę o nią walczyć! Koreańska kuchnia to tofu, glony, sporo zieleniny i najsmaczniejsze grzyby na świecie. Były tak dobre, że zjadałam swoją porcję, a potem porcje towarzyszy, którym lepiej wchodził stek po europejsku. I tutaj ciekawostka:

Nasza urocza przewodniczka opowiedziała nam historię o koreańskich władcach. Jeden za drugim obejmowali oni tron, ale ich rządy nie trwały długo. Nie udawało im się dożyć nawet pięćdziesiątego roku życia! Aż pewnego dnia, tron objął władca, którego dieta drastycznie różniła się od tej, stosowanej przez poprzedników i bogata była w warzywa, ryż, makarony, grzyby i glony. Wszystkie te produkty podawane były w małych miseczkach – król jadł niewiele, ale dania były sycące, lekkie i bardzo zdrowe. Efekt? W świetnej formie dożył sędziwego wieku.

Czy Koreańczycy jedzą dziś zdrowo? I tak i nie. Młodzież woli skoczyć do Maca, zamiast raczyć się glonem. Lubią street food, który w Korei ma się całkiem dobrze – ja się nie odważyłam, ale to głównie dlatego, że na ulicznych straganach serwowane są w większości owoce morza, których nie jem lub np. sery, których unikam. W Korei zjesz ponoć pysznego kurczaka na ostro, ale nie promuję, nie… 🙂

Polecam za to kimchi – faktycznie pycha!

Korea to maseczki, maseczki i maseczki

Zdecydowanie! Koreańskie maseczki w płachcie kupisz dosłownie wszędzie – w sklepach z kosmetykami, ale również od hostess stojących na ulicy i w sklepie spożywczym. Koreański rytuał piękna składa się z dziesięciu kroków i oparty jest głównie na dokładnym oczyszczaniu, nawilżaniu i ochronie cery przed promieniowaniem słonecznym. Koreanki są rzeczywiście bardzo zadbane, a do właściwej pielęgnacji przykładają ogromną wagę. Pewnie byłyby niemile zaskoczone urodowymi rytuałami Europejek. Koreańskie maseczki, które przywiozłam z Seulu czekają jeszcze na teścik – ciekawe, jak wypadną 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *